Ale co z człowiekiem?

Przechodzi przez przyrodę i jej katastrofy, o ile nie godzą one bezpośrednio w niego i nie zakłócają jego aspiracji i zamierzeń. Ubóstwo, choroby, śmierć… są przejawem oddziaływania świata na człowieka, który z powodu jakiegokolwiek przypadku może być skazany na bezradność, cierpienie nawet przez całe życie, wreszcie może utracić samo życie. W takim przypadku trudno spodziewać się jakiejkolwiek „pociechy” ze strony filozofii, zwłaszcza gdy chodzi o bezbronnych i niewinnych, cierpiących wskutek win i szaleństw innych: kalectwo, choroby dziedziczne czy zawodowe, a nawet śmierć wskutek opuszczenia, przemocy… Filozofia, odwołująca się w takiej sytuacji do całości świata, do kosmicznego ładu i tym podobnych, staje się źródłem moralnej znieczulicy i przekonaniem otwierającym drogę okrucieństwu; sankcjonowałaby w gruncie rzeczy prawo silniejszego, przeczyłaby wyjątkowości bytu ludzkiego. Człowiek ma możność cielesnego przeżywania ekstremalnej grozy śmierci i dlatego pragnie żyć i utrzymywać życie w granicach własnych możliwości i własnego prawa, których nikt, nawet państwo, nie może go niesprawiedliwie pozbawić lub w nich ograniczyć.

W tym względzie, nie należy tego ukrywać, jest tylko jedna odpowiedź, którą daje filozofia wsparta teologią. Wszelkie zło fizyczne godzące tylko w ciało, nie dosięga głębi duchowej człowieka, nie narusza więc jego prawa do wolności i podstawowego korzystania z niej, gdyż nietknięta pozostaje niezniszczalna sama głębia ducha, mimo rozpętanych nieszczęść i gwałtu. Co więcej, właśnie w takich sytuacjach wolność przejawia się w sposób najprawdziwszy i najbardziej autentyczny: nie byłoby męczenników, gdyby nie było prześladowców, nie byłoby bohaterów, gdyby nie było zdrajców… Zgoda: ale dlaczego ma to być okupione tak wielką i ryzykowną ceną? Faktycznie nie wszyscy są zdolni do stawiania czoła przeciwnościom i znoszenia ich, nie wszyscy są w stanie przezwyciężyć te doświadczenia; zniechęceni, zrażeni, bojaźliwi, złamani przez życie… wypełniają dzieje ludzkości, które z wieku na wiek są coraz mniej krzepiące, a coraz bardziej zniechęcające.

Trudno od filozofii, a tym bardziej od nauki otrzymać zadowalającą odpowiedź, cokolwiek mówią różne fenomenologie zła, mające swe źródło w spinozyzmie czy w dialektyce, usiłujące obejść się bez Absolutu, bez oczyszczonej egzystencji ludzkiej istniejącej poza czasem, czyli duszy ludzkiej nieśmiertelnej, a tego właśnie spodziewał się już Sokrates w obliczu sędziów skazujących go na śmierć. Ciało dotknięte bólem i cierpieniem, wskutek czego musi rozstać się z życiem, będzie wybawione i wolne od zła w życiu przyszłym. Ale nawet taka filozofia mówi zaledwie o jakiejś nadziei i tylko wtedy, gdy jest dziełem tak wielkich umysłów, jak Sokrates, mówi o rezygnacji, ale nie jest potężnym, olśniewającym światłem dla wszystkich. A i dla tych wielkich umysłów nie stanowiła radości, lecz była udręką i niepokojem. Dostrzegł to sam św. Tomasz, który na ogół z wielkim optymizmem patrzy na pogańską myśl odnośnie do tego problemu i pisze: „In quo satis apparet ąuantam angusstiam patiebantur hinc inde eorum praeclara ingenia. A ąuibus angustiis liberabimur si ponamus secundum probationes praemissas, hominem ad veram felicitatem post hanc vitam pervenire posse, anima hominis immortali existente” (Summa contra gentiles, III, 48). Problem zła i cierpienia należy jednak do kategorii „problemów otwartych” o szczególnym charakterze: chodzi o problem egzystencjalny kryzysu samej wolności jako ostatecznego rozwiązania. Człowiek jest stworzony dla szczęścia, do którego — wraz z nieskończoną otwartością na byt — przeznacza go nienasycone pragnienie życia i miłości; zarazem zdaje sobie sprawę z przeszkód zewnętrznych i wewnętrznych, ze sprzeczności własnego ja, namiętności, niejasności, utajonych lęków.

You can leave a response, or trackback from your own site.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *